50 książek, które musisz przeczytać!

Mam nadzieję, że nie obrazicie się za tego małego clickbaita. Nie będzie żadnej listy, przynajmniej nie teraz. Dlaczego? Dlatego, że nie do końca lubię sam pomysł sporządzania takowych – w jego istocie leży bowiem albo założenie, którego nie popieram, albo niedopowiedzenie. Aby być uczciwym, najpierw napiszę co nieco na temat must-read oraz społecznego obrazu czytelnictwa w Polsce. A gdy już pewne tezy zostaną postawione, okazuje się, że listę należałoby inaczej zatytułować.

A więc właśnie – czy są książki, które każdy musi przeczytać?

Odpowiadając krótko – nie. Oczywiście, takie stwierdzenie jest bezwartościowe bez odpowiedniego kontekstu. Może się za nim kryć wiele różnych poglądów, chociażby celowa ignorancja, negacja wartości czytania lub też przeciwstawienie się pewnego rodzaju tendencjom. To jest trochę jak z deklaracją, że jest się (nie)wierzącym. Tak naprawdę wynika z tego bardzo niewiele, czego z wielką szkodą dla nas wszystkich zdają się nie rozumieć całe rzesze ludzi atakujących innych za proste metki światopoglądowe. Tak czy inaczej, trzeba trochę rozwinąć temat.

Od jakiegoś czasu jesteśmy w Internecie świadkami działania silnego pro-czytelniczego nurtu, przybierającego nawet tak kuriozalne formy jak hasło „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka”. Niski poziom czytelnictwa postrzegany jest jako zjawisko jednoznacznie niepożądane, poniekąd oczywiście słusznie. Stąd akcje czytających, które mają zachęcać do sięgania po książki. Niestety, jak to często bywa, dobre intencje to nie wszystko – powstało wiele wypaczeń całkiem sensownego postulatu, jakim jest po prostu: czytajmy, bo warto.

Najwyraźniejsze z owych deformacji wyrażane są skrajnościami. Po jednej stronie znajduje się przedstawianie czytelnictwa niemalże  jako rytuału oddzielającego mądrych od głupich, po drugiej – negacja możliwości uzyskiwania czegokolwiek wartościowego z książek. I chociaż obydwie perspektywy są głupie, to jednak dostarczają pożytecznych argumentów, na których bazie można zbudować racjonalny obraz zjawiska.

Ważne co się czyta, nie, że czyta się w ogóle

Czytanie samo w sobie co prawda ma jakieś wartości, jednak nie takie, o jakie chodzi ludziom, którzy konsumpcją książek się chełpią. Usprawnianie pracy mózgu, tworzenie połączeń nerwowych i rozwój wyobraźni, chociaż niewątpliwie pożyteczne, mogą być przypisane wielu innym aktywnościom. Tymczasem zachęta do czytelnictwa przedstawiana bywa jako obietnica oświecenia. Osoba czytająca to człowiek o wysokiej klasie, a nieczytający to prymityw – taki obraz starają się promować najbardziej aktywni członkowie różnorakich fanpage’y i blogów poświęconym książkom. Po czym okazuje się, że za tym, czym się tak chętnie afiszują, stoją popłuczyny w stylu „50 twarzy Greya”, twórczość Dana Browna, albo jakieś tanie romansidła. Czy lektura sztampowego melodramatu czyni cię lepszym człowiekiem? Oczywiście, że nie. Czy wynosisz więcej z przeczytania tandetnej książki niż z obejrzenia talk-show w telewizji? Nie. Wreszcie – czy książki są z definicji lepsze niż np. seriale albo filmy? Nie – wszystko zależy od konkretnego przypadku. Można nie czytać książek z powodu braku czasu lub preferowania innych rodzajów treści. Jedyne, co można znaleźć na obronę książek jako całości, to pewien mechanizm –  z powodu natury takiej czy innej twórczości (m.in. kwestia zaplecza technicznego i finansowego wymaganego do stworzenia dzieła wysokiej klasy) świetnych książek jest siłą rzeczy więcej niż świetnych filmów lub seriali. Wciąż jednak wartość wynika z treści, nie ze środka przekazu – forma książki może co najwyżej sprzyjać uzyskiwaniu pożądanego poziomu, sama w sobie nie powinna być obiektem aprobaty.

Książki z reguły są wartościowe

Ze strony nurtu wyśmiewającego te wszystkie nurty proczytelnicze można spotkać się z argumentem, że czytanie nie wnosi po prostu niczego pożytecznego – ot, rozrywka, odmóżdżacz, tak, jak telewizja czy gry komputerowe. I na taki wizerunek książek również nie ma zgody (podobnie jak nie ma zgody do sprowadzania gier komputerowych do bezmyślnego zabijacza czasu, ale to już inna historia). Stoi za tym dokładnie ten sam argument, który przed chwilą atakował “lepszych, bo czytających”:  książka jest jedynie nośnikiem treści, a to ta druga decyduje o wartościowości tworu. Skoro z czytania nie można wyciągnąć niczego pożytecznego, to z czego można? Cały system nauczania ludzkości, oparty w ogromnej mierze na wiedzy przekazywanej w piśmie jest w błędzie? No dobra, trochę przesadzam. “Frakcja negujących” ma zazwyczaj na myśli co innego.

Beletrystyka nie jest stratą czasu

Mianowicie: stratą czasu jest z pewnością wszelka fikcja. Taką samą stratą czasu zresztą jak jakakolwiek inna rozrywka. Podręczniki akademickie – owszem, trzeba, literatura faktu – ujdzie, beletrystyka – nie, pożytku brak. Bo to tylko rozrywka.

Przyznam szczerze, że nie cierpię tych słów. Może nawet wzbudzają we mnie złość. Zazwyczaj stoi za nimi bardzo krzywdzący i krótkowzroczny pogląd, jakby życie można było podzielić na pracę, która jest pożyteczna i na całą resztę, stanowiącą naganną realizację hedonistycznych żądz. A jest to oczywista nieprawda. Realizacja takiego podejścia byłaby ogromnym hamulcem rozwoju na poziomie osobistym, a w konsekwencji także na poziomie cywilizacyjnym. To, że jakaś działalność jest niedochodowa i nie jest realizowana w ramach podstawowych potrzeb, bynajmniej nie implikuje jej bezwartościowości. I nie chodzi tutaj tylko o potrzeby samorealizacji czy względy duchowe, ale o pośredni lub przesunięty w czasie pozytywny wpływ na poziom życia. „Książki to tylko rozrywka” to trochę jakby mówić o słabości,  jakby powinno się żałować za każdym razem, gdy wybiera się amatorską grę na gitarze ponad klepanie nadgodzin w pracy. Gdy ktoś stwierdza “to tylko rozrywka”, słyszę z jego ust jednocześnie: “wysyłanie rakiet w kosmos albo budowa akceleratorów cząstek to bezmyślna strata pieniędzy, za które można by nakarmić ludzi w Afryce”. Tymczasem życie nie jest grą o prostych zasadach, a to, że dane zajęcie jest teoretycznie nieukierunkowane komercyjnie, wcale nie oznacza, że nie warto go uprawiać. Książki są na to świetnym przykładem – można kształtować swój światopogląd, poszerzać horyzonty, znajdować inspirację do zmian. Przy czym, oczywiście, patrz punkt 1 – ważne co się czyta.

Fantastyka nie jest kupą

Jest jeden gatunek literacki szczególnie pokrzywdzony przez ową mentalność, konkretnie – fantastyka. Jest to chyba największa ofiara negatywnych skojarzeń, budowanych na podstawie obrazu większości tak ometkowanej twórczości, która potem nieuchronnie wpływa na całościowy wizerunek. Ta chłamowata część – sztampowe science-fiction niemające nic wspólnego z science albo durne heroic fantasy, w którym źli ubierają się na czarno, a dobrzy ratują świat – niestety jest pierwszym, a często i jedynym rodzajem fantastyki, z jaką spotyka się wiele osób. I stąd później pod tym hasłem wiele osób widzi po prostu nerdowskie historyjki dla niedojrzałych emocjonalnie dziwaków. Tymczasem wewnątrz gatunku znajdują się również najwyższych lotów dzieła, które dzięki umieszczeniu w realiach odmiennych od znanych nam z codzienności zyskują możliwość przedstawiania unikalnych koncepcji i stawiania pytań inaczej niedostępnych. Ja powiedziałbym nawet, że z literatury pięknej to właśnie fantastyka (przynajmniej potencjalnie, chociaż jest i szereg dzieł, które można postawić jako dowód) może być najbardziej wartościowa, jako że potrafi zaprezentować filozofię niedostępną „przyziemnym” gatunkom literackim, jednocześnie bez przeszkód korzystając ze wszystkich wspólnych mechanizmów. Szkoda, że elementy „nie z tego świata”, na których można budować unikalne koncepcje, zazwyczaj używane są w celu tandetnego ubarwienia treści. Ciężko się dziwić, że wobec tego fantastyka kojarzy się później z infantylizmem i fajerwarkowatością. Jeżeli macie podobne odczucia, przełamcie się i sięgnijcie po coś z jej “lepszej części”, chociażby naszego powszechnie szanowanego Lema. Warto.

Co by było, gdyby, a więc czy must-read ma w ogóle sens?

Dobra, wychodzi na to, że czytanie ogólnie na plus. Dlaczego więc napisałem na początku, że nie ma żadnych must-read książek? Bo są książki, które niezaprzeczalnie warto przeczytać, ale nie istnieją takie, które trzeba. Mam na to następujący argument – w zakresie fikcji nie ma żadnych tworów, które powstałyby nieuchronnie, nie jest to więc obszar nierozerwalnie związany z naszą rzeczywistością. Właściwie więc znajomość takiej treści nie może być wiedzą merytoryczną, stąd zarzut ignorancji jest nietrafiony (dobra, wypada znać pewne rzeczy ze względu na kontekty kulturowe, ale znowu – tak naprawdę ważna jest znajomość owych kontekstów, nie samego utworu!). Każda książka powstała dlatego, że tak potoczyły się osobiste historie autorów, przede wszystkim – że te historie w ogóle miały miejsce, a więc pisarz przyszedł na świat. Naprawdę, nie trzeba było wiele, aby nie istniał ktoś taki jak np. Adam Mickiewicz, a skoro tak, nie byłoby nigdy “Pana Tadeusza”. Wszyscy żyjący ludzie nie znają treści milionów potencjalnie istniejących wybitnych dzieł, które nigdy nie powstały. Taki obraz sprawy nieco deprecjonuje “must” w must-read. I o ile nie ma w tym żadnego problemu, gdy dyskusja pozostaje na poziomie treści i gustów, o tyle po prostu nie mogę znieść, gdy dochodzi do głupiego ostracyzmu. „Jak można tego nie znać, to jest absolutna klasyka!”, „Nie czytałeś „Krzyżaków”? Ale z Ciebie prostak”, albo “każdy człowiek na poziomie musi znać „Lalkę””. Tak rozumiany „must-read” jest moim zdaniem aprobatą pustej wiedzy i zupełnym wypaczeniem tego, co powinno się wynosić z czytania. Gdy widzę “ 50 książek które musisz przeczytać”,  kręcę głową i mówię: nie, nie muszę.

Czy wobec tego będzie lista “50 książek, które warto przeczytać” albo “50 książek, które polecam”? Nie obiecuję ; )

Podziel się

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "50 książek, które musisz przeczytać!"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kajman
Gość
Osnuwanie wokół czytelnictwa otoczki elitaryzmu jest bardzo krzywdzące dla wszystkich osób, które chciałyby zacząć czytać. Często takie osoby są krytykowane, bo zamiast wziąć się za ,,Krzyżaków” czytają namiętnie Harry’ego Pottera lub ,,50 twarzy Greya”. Tymczasem duża część klasyków zniechęciłaby początkującego czytelnika. Lepiej więc na początek poczytać coś lekkiego, a potem (jeśli ma chęci) rozszerzać swoje czytelnicze horyzonty. Fantastyka to jeden z moich ulubionych gatunków książek. Świetnie rozwija wyobraźnię i potrafi rozśmieszyć (polecam cykl o Śmierci Terry’ego Pratchetta). Must-read ma sens, ale tylko w zakresie danego gatunku. Chociaż w tym przypadku jest to bardziej have-to-read. Jeśli istnieje potrzeba dogłębnego poznania jakiegoś… Czytaj więcej »